Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Z górki i pod górkę

poniedziałek, 19 lipca 2010 22:37
Dzieje się tyle rzeczy, a jedno wydarzenie goni drugie tak, że nie mam czasu się podrapać.
Zdecydowanie najważniejszym i najbardziej podniosłym był przyjazd do Łodzi pani Jadwigi z towarzyszącą jej osobą, czyli panią Anią. Moim skromnym, ale ważnym zadaniem było wytłumaczenie paniom - jak przejechać z jednego w drugi koniec Łodzi by bez problemów dotrzeć na moje osiedle. W ustaleniu najdogodniejszej trasy pomógł mi mąż przyjaciółki, a ja ową, bardzo szczegółową instrukcję przeniosłam na "papier" i wysłałam emalią do Warszawy. Plan jazdy był na tyle trafny, że panie bez problemów przebiły się przez całe Bałuty od wschodu na zachód i szczęśliwie dotarły pod wskazany adres. Radość ze spotkania była wielka, bo i wydarzenie mialo swoją wysoką rangę. Miałyśmy kilka godzin na pogaduchy. Trzeba było tylko wybrać miejsce, które odpowiadało randze naszego spotkania. Zaproponowałam Manufakturę, bo to co dla łodzian jest rzeczą zwykłą, dla osób przyjeżdzających z innych miast może być sporą atrakcją. Okazało się, że pomysł był trafiony. Kompleks Manufaktury bardzo się paniom podobał - łącznie z restauracją hiszpańską, w której zjadłyśmy pyszny obiad. Hiszpańskiej kuchni nie znam wcale, więc biesiadowanie tam było dla mnie dodatkową i bardzo atrakcyjną frajdą. Powiem krótko: Było super!
Jadziu! Do dziś wspominam niebiański smak hiszpańskich potraw, a oczki pewnej krewetki ciągle mnie prześladują.
Chwile spędzone z Jadwigą i Anią w Manufakturze zleciały jak z bicza strzelił. Przyszła pora powrotu na moje osiedle, zapakowania w kontener i do samochodu Jadwigi kocicy Burasi vel Narinki i pożegnania się. Gdy rozstawałam się z Jadwigą - nad Łodzią przechodziła akurat letnia burza. Myślę sobie, że owe krople deszczu - wielkie i ciepłe - były symboliczne. Pokojarzyły mi się z łzami rozstania z Jadwigą i Anią.
Właściwie to wydarzenie z ubiegłego czwartku było dla mnie tak ważne, że przeszłam do porządku dziennego nad innnym - też ważnym. Otóż także w tamten czwartek miałam telefoniczną wiadomość, że sprawa mojego wyjazdu do Genewy na wesele znajomych jest w dalszym ciągu aktualna jesienią. Państwo młodzi zapowiedzieli się z wizytą u mnie i wydarzenie to ma nastąpić w ciągu najbliższego miesiąca. Jednak dobrze się stało, że ważność paszportu przezornie sobie przedłużyłam. Szwajcaria jest jednym z dwóch państw europejskich, która wymaga posiadanie takiego dokumentu przez osoby pragnące ten kraj odwiedzić.
Jeśli idzie o sprawy bieżące - donoszę, że Ślepotka czyli Nurka rośnie na schwał i waży już 40 dkg. Robi się z niej śliczny kot. Kocina nabiera wprawy w poruszaniu się po mieszkaniu i bezbłędnie trafia do miski z jedzeniem. Z trafieniem do kuwetki jest trochę gorzej, ale mała robi i tu znaczne postępy. Z tego kota będą jednak ludzie.
O sprawach niemiłych, lub takich które mnie wkurzyły, pisać dziś nie będę. Nie chcę sobie psuć nastroju. Czasami nawet nie warto strzępić sobie języka, ponieważ owe strzępienie nawet psu na budę się nie przyda.

Wasza ciotka.


Podziel się:

komentarze (6) | dodaj komentarz

Upał mózg lasuje a tu wypada kolejny wpis dać...

wtorek, 13 lipca 2010 22:37
Afrykańskie upały z pewnością nie dopingują do relacjonowania tego - co wokół mnie się dzieje. A dzieje się sporo, więc po kolei. Kotka z działek dochodzi do siebie po zabiegu sterylizacji. Przez dwa dni po przywiezieniu jej z lecznicy przez paną K. trzymałam kocicę z dala od moich domowych kotek - czyli w łazience. Obawiałam się, że "działkówka" zostanie zaatakowana przez np. Burkę III i to było całkiem nie fajnie. Jedyną kotką, która dostąpiła zaszczytu odwiedzania rekonwalescentki była jej osobista córka - czyli Ślepotka vel Nurka. I stało się coś bardzo dziwnego. Wyrodna matka, która odrzuciła na poczatku czerwca swoje ślepe dziecko, nagle odnalazła w sobie instynkt rodzicielski. Nurka też rozpoznała zapach swojej mamuśki, więc radość z tego powodu była wielka. Przynajmniej teraz nie musiałam już masować brzucha Nurki, bo robiła to Burasia.

W niedzielę uznałam, że nie powinnam trzymać działkowej kotki w łazience. Wypuściłam ją z tego więzienia i obserwowałam zachowanie moich domowych kocic. Okazało się, że nie mają zastrzeżeń do nowej lokatorki - co przyjęłam z wielką ulgą. Zadziwiające jest też to, że działkowa kotka zachowuje się tak, jakby nigdy nie była pół dzikim kotem - od ponad roku żyjącym w ogrodowym buszu w ekstremalnych warunkach. Tyle byłoby o kotach.
Teraz o ludziach. W sobotę zadzwoniła prezeska Stowarzyszenia "Inicjatywa". W związku z organizowanym przez Stowarzyszenie - wielkim festynie w parku na Julianowie pani Danuta złożyła mi propozycję bym wzięła udział w tej imprezie w charakterze... ciotki Pleciugi podpisującej swoją książeczkę i rozdającej autografy. Propozycja fajna, ale szkopuł polega na tym, że książeczki już trafiły do rąk czytelników małych i dużych i w związku z tym nie bardzo co mam podpisywać. Wypadało by złożyć zamówienie w wydawnictwie na dodruk, ale zabawa taka kosztuje i to wcale nie mało. Pani Danuta obiecała, że rozglądnie się za jakimś sponsorem, który ewentualnie podejmie się sfinansowania kosztów dodruku. W poniedziałek rozmawiałam z panią Danusią na ten temat osobiście. Na efekty rozmowy trzeba będzie trochę poczekać. Na wszelki wypadek poinformowałam wydawcę, żeby był przygotowany na dodatkową i szybką robotę z "Bajdurkami". Kosztorys dodruku także już mam. Pożyjemy - zobaczymy. Mam nadzieję, że pani prezes nie wycofa się z danej obietnicy. Wszystko jednak jest możliwe.
I to właściwie byłoby na tyle. W najbliższy czwartek przyjeżdza do Łodzi pani Jadwiga i przy okazji zabiera do siebie Burasię. W piatek Czarna Olka bedzie zawieziona na zabieg sterylizacji do tej samej lecznicy, w której była ciachana Burasia vel Narina (takie imię dostała od pani Jadwigi). Transportem Czarnej Olki zajmie się pani Jola, która łapała Burasię na działkach (oczywiście w celu wysteryliowania a nie w żadnym innym). Jutro muszę obowiązkowo być z Nurką vel Ślepotką w "Psiej kości". Nurka jest przecież kotem specjalnej troski i kontrola stanu jej zdrowia musi się odbywać systematycznie co jakiś czas. Wszystko fajnie i po kolei, tylko upał z pewnością nie pomaga w popychaniu spraw do przodu. Ech...

Wasza ciotka ledwie żywa.



Podziel się:

komentarze (5) | dodaj komentarz

Istny zawrót głowy

środa, 07 lipca 2010 11:43
O banalnym stwierdzeniu, że każda akcja wywołuje reakcję - nie muszę tutaj pisać, bo każdy kto podjął się w swoim życiu jakiegoś zadania - dobrze wie co mam na myśli. W teorii wszystko wygląda bardzo ładnie. W praktyce bywa różnie. Otóż pamiętacie zapewne moją wyprawę z gospodarzem działek w dniu 1 czerwca do Magistratu w celu wzięcia skierowań na bezpłatną sterylizację kotów. Oczywiście stosowny papierek można z Urzędu Miasta odebrać, ale sęk tkwi w tym by koty zostały złapane, a z tym już nie jest sprawa prosta. Muszą zabieg ten przeprowadzić fachowcy - najczęściej wolontariusze znajacy się na rzeczy i posiadający odpowiedni sprzęt, czyli klatki łapki. Czas mijał a problem kotów wisiał i z różnych powodów nie mógł być rozwiązany. Stracilam już nadzieję na wysterylizowanie kotów w tym roku, bowiem bezpłatna akcja "sterylkowa" w moim mieście właśnie dobiegała końca.
Gdy w poniedziałek siedziałam na fotelu fryzjerskim w celu doprowadzenia mojej czupryny do jakiegoś porządku - odezwała się moja komórka. Dzwoniła wolontariuszka, nota bene, lekarz hematolog, że za pół godziny może być na "moich" działkach z klatką łapką. Mam tylko zadzwonić do lecznicy i zapytać czy mają wolne miejsca dla przetrzymania kotów kilka dni po zabiegu. Weterynarz, z którym rozmawiałam, powiedział że akcja sterylkowa już się zakończyła... Okazało się jednak, że "moja" pani wolontariuszka ma zarezerwowane w tej lecznicy trzy miejsca dla "swoich" bezdomniaków i ewentualnie jedno z nich może odstąpić. Pani K. oczywiście na moje osiedle przyjechała niezwłocznie i... zaczęło się "polowanie" na kota, a właściwie kotkę. O procedurze łapania kota do klatki nie będę się rozpisywać bo to zbyt skomplikowane. W każdym razie wymaga ona zimnej krwi i wielkiej cierpliwości. Po godzinym oczekiwaniu aż kotka (nota bene mamuśka Nurki vel Ślepotki) raczy wleźć do klatki - operacja zakończyła się sukcesem. Teraz pozostało tylko kota zawieźć w drugi koniec miasta do lecznicy "Futrzakiem" zwanej . Gdy oddawałyśmy Burasię w ręce weterynarza - dochodziła już prawie godzina 20.oo.
A co z innymi kotami? - mógłby ktoś zapytać. Otóż poza Burasią na działkach innych kocic... nie ma. Albo zostały otrute, albo przegonione na dobre przez działkowych wrogów kotów. Innego wytłumaczenia nie widzę. Kotów, poza Burasią, po prostu nie ma.
Wysterylizowaną i podleczoną kotkę odbieram z lecznicy w czwartek. Już nie wróci na działki. Wspaniała Pani Jadwiga z Warszawy postanowiła, że w przyszłym tygodniu zabierze ją do siebie. Pani Jadwiga ma duży dom i wielki ogród. Z pewnością znajdzie się tak także miejsce dla działkowej Burasi, choć jedna kocica już u Pani Jadwigi rezyduje.
I to   dzisiaj będzie tyle - co mam Wam do przekazania. Tylko tyle i aż tyle. Aby nie było wątpliwści, że wszystko układa się jak po maśle, pojawiły się kolejne problemy. Burka III, czyli najstarsza moja domowa kocica zlapała jakiegoś wirusa. Muszę zatargać ją do lecznicy, a to wcale nie jest takie proste. Ta cholernica waży około sześciu kilogramów, więc jest co dźwigać. Ech...

Wasza ciotka.


Podziel się:

komentarze (3) | dodaj komentarz

Dla Pleciugi...

czwartek, 01 lipca 2010 12:51
         Uwielbiam dostawać prezenty. Kto z resztą nie. Uwielbiam także gdy z kosmosu internetowego wpadają do mnie dzieciaki i dają dowody, że Bajdurki są przez nie czytane, a nawet komentowane. Znaczy to, że Wasza ciotka nie przynudza zbytnio, a przecież o to chodzi w tej naszaj zabawie w blogowanie.
Gdy weszlam dzisiaj tutaj - szczena opadła mi do samych kolan. Otrzymałam... prezent w postaci ślicznego obrazka, wykonanego sprawną rączką młodej internautki. Nie będę ukrywać, że rysunek ten sprawił mi wiele radości, że już nie wspomnę o dyplomie od innej, uroczej blogerki.
Obrazek, będący swoistą reklamą "Bajdurek" wygląda tak:



Obrazek jest dość znacznych rozmiarów, więc w całości nie jest tu eksponowany, ale to akurat nie jest istotne. Istotne jest to, że taki sympatyczny prezencik Wasza ciotka otrzymała.
Autorce rysunku bardzo dziękuję. Nurce pozdrowienia przekazałam. Bardzo się ucieszyła.
I skoro już tutaj smaruję. Donoszę, że wczorajsza wizytka u "Kociej Mamy" była bardzo udana i owocna. Moja wyprawa przez pół miasta nie była taka straszna, choć upał w autobusach był okropny.

Wasza ciotka
      


   


Podziel się:

komentarze (7) | dodaj komentarz

Wypełnianie czasu

środa, 30 czerwca 2010 12:04
Nurka budzi mnie regularnie o 5.30. Kocina domaga się jedzenia, więc chcąc, nie chcąc, wstaję nieprzytomna, karmię kota a potem już się nie kładę. Wypełniam czas malowaniem obrazków o kociej tematyce. Mam tego czasu do godz. 8.00 ponieważ o tej godzinie muszę podać Nurce antybiotyk. I tak w kółko. Mała jest zaborcza i każe się sobą zajmować. Drze się jak sto kotów razem wziętych.Uspokaja ją tylko podanie z butelki ze smoczkiem ciepłego, kociego mleka. Potrafi już sama odnaleźć swoje legowisko, co jest znacznym postępem w poznawaniu przez nią świata zmysłami dotyku i węchu.
A ja, gdy Nurka ucina sobie drzemkę - wyciągam akcesoria do malowania, a wtedy powstają takie obrazki:













Nie jest wykluczone, że obrazek "Kocia Mama" będzie drugim logo tej fundacji. A'propo fundacja: Dziś czeka mnie wyprawa w drugi koniec miasta. Zostałam zaproszona do pani Izy M. w celu "zlustrowania" jej kotów. Na ulicy, przy której stoi dom pani Izy, nigdy nie byłam. W dotarciu pod wskazany adres pomoże mi jedna z wolontariuszek "Kociej Mamy" - znana Wam Iza G., do której przekazałam prawie dwa tygodnie temu trzy kociaki. Acha! Jedna kocina z tej trójki ma już własny dom. Tylko się cieszyć i oby tak dalej.
Czas mi już szykować się na wizytę. Myślę sobie, że wyprawa dzisiejsza będzie bardzo udana. Korzystając z okazji ślę serdeczne pozdrowienia dla nieocenionej Pani Jadwigi z Warszawy, a także jej przyjaciółki. Obydwie panie stają na głowie by kotom Waszej ciotki nie brakowało niczego, co jest im niezbędne do życia. Wielkie dzięki! serce - drogie Panie. Bez Waszej pomocy prawdopodobnie nie dałabym sobie rady.

Wasza ciotka.


Podziel się:

komentarze (6) | dodaj komentarz

Chwile grozy...

piątek, 25 czerwca 2010 10:45
         Właściwie o tym co wydarzyło się w ubiegły poniedziałek mogę już pisać spokojne, ale na samo wspomnienie ciarki latają mi po plecach. Otóż wybrałam się ze Ślepotką, czyli Nurką do "Psiej Kości". Wsadziłam ją w kosmetyczkę z "uszami" i poczłapałam do weterynarzy. Badanie ślepotki wypadło pozytywnie. Kotu w dalszym ciągu miało się na życie. Odebrałam receptę na antybiotyk i w drodze powrotnej do domu postanowiłam wejść do apteki i zrobić jakieś zakupy na ryneczku. Do domu wracałam z kilkoma pakunkami i Nurką w kosmetyczce. I tu zaczyna się moment grozy... Gdy znalazłam się już w domu - z przerażeniem stwierdziłam, że Nurka... zniknęła. Nie było jej w kosmetyczce. Wyleciałam z domu jak oszalała, a oczami wyobraźni widziałam ją rozdeptaną przez tłum, tylko w którym miejscu? A aptece? Na rynku, W piekarni? A może na przejściu dla pieszych? Zjechałam windą z "mojego" ósmego piętra w celu poszukiwania ślepotki, choć szanse na jej odnalezienie teoretycznie były znikome.
Gdy gwałtownie otworzyłam na parterze drzwi windy, usłyszałam cichutkie, ale rozpaczliwe miauczenie. Okazało sie, że Nurka wypadła, bądź wylazła z kosmetyczki w momencie gdy z zakupami wsiadałam do windy. Ja pojechałam do góry, ona została na parterze. Niestety, nie obeszło się bez kontuzji Nurki. Prawdopodobnie przy gwałtownym otwieraniu drzwi windy kocina została nimi walnięta. Z chorego oczka płynęła krew. Ważne jednak, że kocina się odnalazła i że żyła. Koleżanka weterynarz, która ma swoją lecznicę w najbliższym sąsiedztwie mojego bloku, oglądając Nurkę nie swierdziła jakichś poważniejzych obrażeń i złamań. Na szczęście. Oko i tak jest już na straty.
Nurcia do późnego wieczora nie wyłaziła ze swojego legowiska. Była wyraźnie w szoku. Około północy znowu zebrało jej się na życie. Kolejna wizyta z Nurką następnego dnia w "Psiej Kości" także potwierdziła, że kocinie nic poważnego po tej przygodzie nie zagraża. Gdy szłam do lecznicy, już nie niosłam ślepotki w kosmetyczce. Trzymałam ją mocno za pazuchą mojej kurtki - co jej się nawet podobało.
Ten tydzień obfitował także w inne, nie całkiem miłe, wydarzenia - o których jednak nie będę pisać. Wszystko dobre  co się dobrze kończy i to jest w sumie najważniejsze.
Wasza ciotka.


Wieczorem
Dzisiaj od samego rana otrzymuję same dobre wiadomości, a tych mi potrzeba jak przysłowiowego tlenu. Otóż dostałam list, z którego treści wynika, że mam się spotkać z szefową "Kociej Mamy" - panią Izą. To jest pierwsza dobra wiadomość. Wiadomość kolejna jest taka: Jedna z kocinek a konkretnie Azalia w stringach, przekazana w ubiegły piątek do tymczasowego domu, czyli do Izy G. ma już swój stały dom. Ufff... To bardzo dobra wiadomość. Dzisiaj też dostałam dyplom. Autorką tego wyróżnienia jest moja najmłodsza czytelniczka i blogerka. I jak tu się nie cieszyć?
                          
Ale to jeszcze nie koniec przyjemności wiadomościowych. Jeden z dziennikarzy obywatelskich, publikujący swoje materiały na www.wiadomosci24.pl  galerię ze zdjęciami cudnej kotki zadedykował Waszej ciotce... co jest niejako swoistym ewenementem dziennikarskim na tym portalu.
I to chyba byłoby na tyle wieczorową porą.
Wasza ciotka.


Podziel się:

komentarze (6) | dodaj komentarz

Jeden problem z głowy

sobota, 19 czerwca 2010 13:45
Zgodnie z planem wczoraj przekazałam wesołą trójkę do domu tymczasowego. Tam kociaki będą oczekiwać na kolejny łut szczęścia. Opiekunka kotów (wolontariuszka fundacji "Kocia Mama") okazała się być przesympatyczną kobitką i już po chwili mojej u niej wizyty przypadłyśmy sobie do serca. Uroczy dom Izy, pełen kotów różnej maści i temperamentu, bardzo przypadł mi do gustu. Okazało się, że moja nowa znajoma jest pielęgniarką na oddziale chemioterapii w szpitalu onkologicznym, więc z pewnością pracuje tam jak wół. To, że po pracy poświęca swój wolny czas kotom, którymi się opiekuje - zasługuje, moim zdaniem, na wielkie uznanie i podziw. Mam nadzieję, że pani Iza wybacz mi, że zamieszczam tutaj zdjęcie wesołej trójki jej autorstwa, ale co się nie robi dla takich uroczych futrzaczków...


Oczywiście nigdy nie ma pełni szczęścia. Moja najstarsza kotka Burka III złapała wirusa i dzisiaj musiałam zatargać ją do lecznicy, ale tym razem nie do "Psiej Kości". Leczeniem Burki zajęła się moja wieloletnia koleżanka - lekarz weterynarii, mająca swoją zwierzęcą przychodnię tuż obok mojego bloku.
Z bieżących wiadomości donoszę, że Ślepotka ma się coraz lepiej i zaczyna dawać sobie radę w samodzielnym poruszaniu się po mieszkaniu. Mała dostała nowe imię. Autorką imienia jest nieoceniona fundatorka "stypendium" dla tego kota - Pani Jadwiga z Warszawy. Nowe imię kociny to Nurka. Prawda, że bardzo ładne?
Co się zaś tyczy spraw ludzkich - w czwartek wylądowałam u mojego fizjoterapeuty - Pana Radka. Mój filar główny znowu odmawia współpracy. Dźwiganie ciężarów nie jest tym co kręgosłupy lubią najbardziej. Czeka mnie zatem znowu seria wizyt u tego świetnego specjalisty od prostowania filarów głównych. Ech...
Do miłych i wyjątkowych w tym tygodniu wydarzeń z pewnością mogę zaliczyć cudowną wizytę w pewnym sklepie zielarskim prowadzonym przez... czarodziejkę. Spotkanie z czarodziejką to wynik moich serdecznych kontaktów z panią red. Anią Janicką- Galant. - Życie jednak niesie niespodzianki - zaskrzeczała pewna żaba... Jak wiecie - prawie każde takie wydarzenie staram się komentować obrazkami. Oto jeden z nich, upamiętniający moją wizytę w Pani Katarzyny:


I właściwie to tyle z aktualnych wieści. Nie będę ukrywać, że moje zmęczenie sięgnęło dna. W odzyskaniu sił pomaga mi mikstura miodowo-propolisowa, którą dostałam od pani zielarki. Mam nadzieję, że mi pomoże. Przecież czarodziejki potrafią wiele...
Wasza ciotka.



Podziel się:

komentarze (10) | dodaj komentarz

Raport z kociego szpitala

niedziela, 13 czerwca 2010 9:17
Miałam nadzieję, że bisurmańska trójka, którą mam aktualnie w domu, zostanie szybko przekazana do fundacji pani Izy Milińskiej. Okazało się jednak, że kociaki, co prawda, rozrabiają - ale jednak koci katar ich nie opuszcza. W piątek załadowałam towarzystwo do kontenera i w największy upał poczłapałam do "Psiej Kości" by zacni lekarze wystawili kotom stosowne dokumenty, że futrzaki są zdrowe. Wnikliwe badanie kotów wykazało, że o przekazaniu budrysków w sobotę nawet nie może być mowy. Najpierw trzeba je wyleczyć. Lekarstwa na podniesenie odporności i antybiotyki mam podawać kotom przez tydzień a potem znowu kontrola. Kto choć raz był zmuszony podawać kotom lekarstwa, ten wie że sprawa nie jest wcale taka prosta. Koty potrafią skutecznie się bronić przed tym "świństwem", a ja z kolei muszę je faszerować dwa razy na dobę i do tego dwoma specyfikami. Jednym słowem - gdy nadchodzi godzina podawania leków całej trójce - włos jeży mi się na głowie.
Od kilku dni ta wesoła trójka korzysta z większej swobody, ponieważ doszłam do wniosku, że trzymanie tej czeredy w łazience jest bez sensu. Koty doceniły ten fakt i wypuszczone "na salony" zachowują się jak na kocie dzieci całkiem poprawnie. Moje domowe kocice do maluchów mają stosunek ambiwalentny. Burka III daje do zrozumienia, że nie będzie skracać dystansu i ostrzegawczo fuka na maluchy. Głucholka wykazuje stoicki spokój i czasem tylko "opieprza" maluchy a nawet zdzieli je łapą. Natomiast Czarna Olka odkryła w sobie instynkt matki i zaopiekowała się najmniejszą burasią. Mała myśli, że Olka to jej rodzona mamuśka i próbuje kocicę ssać - co Ola znosi z wielką powagą i cierpliwością.
Więcej kłopotów jest oczywiście ze Ślepotką. Musi być regularnie co trzy godziny karmiona i pielęgnowana. Gdy nie dostaje porcji jedzenia na czas - podnosi wielkie larum i wprost depcze mi po piętach - domagając się swoich praw. Mimo ślepoty dość sprawnie porusza się po mieszkaniu i muszę bardzo uważać by przypadkiem jej nie rozdeptać. Starsze kocice jednak jej nie zaakceptowały, choć powiem szczerze , że na taką aceptację po cichu liczyłam. W ubiegły piątek także byłam z nią w lecznicy. Weterynarze uznali, że jak na kociaka po przejściach, jej stan jest całkiem dobry. Mała waży 16 dkg, ale i tak jest to dużo więcej niż tydzień temu. Ślepotkę miałam także w sobotę przekazać do opiekunów zastępczych, ale po konsultacji z doktorem Łukaszem doszliśmy do wniosku, że kocina powinna jednak jeszcze trochę u mnie pobyć. Musi nabrać sił i po troszę nauczyć się żyć ze swoim kalectwem. Jednym słowem - w dalszym ciągu jestem skazana na siedem kotów. Ufff...
Oczywiście dorosłych kotów działkowych nie opuściłam. Na działce jednak bywam co drugi dzień by podać im wodę i suchą karmę. Oskalpowana łapa jednej z kotek zagoiła się, jednak kocica w dalszym ciągu ma kłopoty z chodzeniem. Następny etep kociej batalii to wyłapanie ich do sterylizacji. Tutaj już jest potrzebna obecność osób wyspecjalizowanych w łapaniu futrzaków do klatek - łapek. Podobno tym tematem ma się zająć jedna z działaczek fundacji "Kocia Mama", nota bene, w życiu zawodowym lekarz immunolog dziecięcy. Bardzo jestem ciekawa jaki będzie finał tej akcji.
I właściwie to tyle co mam Wam dzisiaj do "zaraportowania". Sama słaniam się na nogach ze zmęczenia i emocji. Dobrze, że chociaż upały trochę zelżały. Moje mieszkanie na ósmym piętrze jest wyeksponowane na zachód. W godzinach ppołudniowych jest w nim temperatura jak w hucie stali. Ech...

Wasza ciotka.


Podziel się:

komentarze (4) | dodaj komentarz

Na przekór logice...

poniedziałek, 07 czerwca 2010 13:03
Na przekór logice i prawom natury mały ślepotek wykazuje tak wielką wolę życia, że może zaimponować nie jednemu twardzielowi. To już czwarta doba gdy zabrałam go z działek w stanie agonalnym. Jest tak malutki, że mieści się w mojej dłoni, a jego brzydota bije wszelkie rekordy. Jednak jego dzielność i determinacja przetrwania powoduje, że robię wszystko by maluch, mimo swojego kalectwa przeżył. Gdy zbyt długo nie zaglądam do kontenerka, w którym ma zaciszny kąt, domaga się cichym miaukiem wzięcia go na ręce i nakarmienia - co też nie jest łatwe, bo kociak samodzielnie nie chce jeść. Okazało się, że niemowlęcy Bebilon z powodzeniem zastępuje kocie mleko, choć specjaliści od żywienia kocich osesków bardzo się temu eksperymentowi dziwią. Maluch reaguje na mój głos, więc przynajmniej w ten sposób możemy się ze sobą komunikować.
Jednak momentami mam chwile zwątpienia i rozterki - czy dobrze robię, że za wszelką cenę walczę o jego życie. Co prawda - otrzymałam zapewnienie od pani Izy, że ślepotek będzie, mimo swojego kalectwa, skierowany do adopcji, jednak każdą tego typu deklarację dzielę na pół. Póki co - kocio czepia się z uporem życia i to jest dla mnie na dzień dzisiejszy najważniejsze zadanie by w tym czepianiu się życia kociakowi przyjść z pomocą na tyle, na ile jest to możliwe.
Jego braciszek, którego nie zabrałam w ubiegły czwartek z działek, już nie żyje - mimo, że był w znacznie lepszej kondycji od ślepotka. Znalazłam do martwego przedwczoraj i wcale nie na ganku altany, ale w trawie. Kolejny koci pogrzeb. Żałuję, że nie zabrałam go w czwartek do domu razem ze ślepotkiem. Ech...
Trójka maluchów, mieszkających w mojej łazience i oczekujących na nowe domki, rozrabia jak diabli. Kociaki domagają się coraz więcej jedzenia i regularnie demolują mój mini pokój kąpielowy.
Pani Iza obiecała, że w tym tygodniu je odbierze. Było by dobrze, gdyby dotrzymała słowa. Mogłabym wtedy skupić się na ślepotku. Domowe kocice też mają swoje prawa...
Czyżbym podjęła się zadania ponad siły i możliwości? Jak napisał w swoim komentarzu jeden z blogowych kolegów - mam już "zaklepane" miejsce przy boku św. Franciszka, gdy sama przekroczę kiedyś Tęczowy Most. Podobno kto się czym zajmuje za życia, tym samym będzie się zajmował po śmierci. W moim konkretnym przypadku chyba jednak coś w tym jest na rzeczy.

Wasza ciotka.


Podziel się:

komentarze (3) | dodaj komentarz

Na zwiększonych obrotach

piątek, 04 czerwca 2010 8:27
Gdy w środę zabierałam z działek kolejną trójkę maluchów - zauważyłam, że zniknęły dwa malutkie kociaki, w tym ślepotek. Pomyślalam sobie, że albo siedzą w altanowej wersalce, albo zostały gdzieś ukryte przez ich matkę. Ponieważ czas gonił mnie okropnie, nie zadałam sobie trudu ich poszukania. Zaniepokoiło mnie jednak zachowanie kotki, która miaukiem nawoływała maluchy. Kociaki jednak się nie odzywaly.
Wczoraj postanowiłam zajrzeć do środka wersalki. Otworzyłam skrzynię... i zamarłam. W środku dogorywał ślepotek. Opuszczony przez obydwie dorosłe kocice skazany został na śmierć. Gdy go wzięłam na rękę, był tak słaby, iż miałam wrażenie, że za chwilę powędruje za Tęczowy Most. Drugi kociak też się odnalazł, jednak był w calkiem niezłej kondycji. Widocznie karmicielki dokonały wyboru - kogo przy życiu należy utrzymać, a kogo spisać na straty.
Nigdy jeszcze nie reanimowałam tak małego kociaka, ale postanowiłam zaryzykować - tym bardziej, że ślepotek wyczuwając moją obecność - zaczął dawać oznaki życia. O podstawieniu go do nakarmienia matce zastępczej nawet nie było mowy. Ta, mimo oskalpowanej łapy, zajmowała się wyłącznie tym drugim maluchem.
Ślepotka zabrałam do domu. Na szczęście na osiedlu dyżurowala apteka, w której zakupiłam Bebilon dla niemowląt bez laktozy i kociaka zaczęłam karmić tym preparatem za pomocą pipety. Takie karmienie małego oseska musi się odbywać co dwie godziny, więc właściwie noc miałam z głowy, ale pierwsze efekty moich starań już są. Kociak przeżył noc, choć jest w dalszym ciągu słaby. Może nie poświęcałabym mu aż tylu starań, jednak kocinek za sprawą Pani Izy Milińskiej ma szansę być adoptowany jako kociak specjalnej troski - czyli niewidomy.
Pewnie niektórzy z czytających "Bajdurki" zastanawiają się teraz - dlaczego z taką determinacją walczę o utrzymanie przy życiu akurat ślepotka. Zdrowych kotów jest przecież wszelki dostatek. Dla mnie to małe, bezbronne kocię jest egzemplifikacją wszystkich bezdomnych kotów z działek - prześladowanych przez głupich ludzi. Ludzi bez serca i wyobraźni.
Acha! I jeszcze jedno. Kocica z oskalpowaną łapą radzi sobie z chodzeniem coraz lepiej, choć jej łapa już nigdy nie będzie w pełni sprawna. Antybiotyki zrobiły swoje. Wczoraj zwróciłam uwagę właścicielce owczarka alzackiego by na przyszłość na działce nie puszczała psa luzem. Pani oczywiście wyparła się, że pies lata po działkach bez kagańca, a poza tym - jest - jak powiedziała - tak łagodny, że muchy nie skrzywdzi, a co dopiero kota. To, że widziałam na własne oczy jak owczarek buszował po działkach sąsiadujących z terytorium pani B. - oczywiście nie ma żadnego znaczenia bo pani wie swoje.
I to by było na tyle - moi drodzy. Przed kilkoma minutami dostałam wiadomość, że dwa spośród trzech kociaków skierowanych do adopcji mają już swoje domki. I jak tu jednak się nie cieszyć?
Wasza ciotka.


Podziel się:

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 31 lipca 2010

Licznik odwiedzin:  150 172

Czasu nie zatrzymasz...

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O mnie

Po wielu przemyśleniach dochodzę do wniosku, że jednak nie jestem i nigdy nie byłam kolejnym wcieleniem imperatorowej Katarzyny II. Jestem za to pierwszym i jedynym wcieleniem Elżbiety Wielkiej - Królowej Anglii.


O moim bloogu

"Nie takie bryły... to komentarze - odnoszące się do otaczającej autorkę rzeczywistości, mające formę opowiadanek,których bohaterami są osoby z bliższego i dalszego jej otoczenia. Realizm opowiada...

więcej...

"Nie takie bryły... to komentarze - odnoszące się do otaczającej autorkę rzeczywistości, mające formę opowiadanek,których bohaterami są osoby z bliższego i dalszego jej otoczenia. Realizm opowiadanek przeplata się tu ze światem fantazji z pogranicza jawy i snu... Adres emaliowany autorki to: pleciugapleciugowska@wp.pl

schowaj...

To też już przeszłość...

Bajdury Pleciugowate

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Witajcie!

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 15.06.2010 17:05:25
  • autor: anna_janeczek2203
  • treść: ciekawy blog. Gratul...
Nagroda dla bloga z WP od Bogusława ''W obiektywie widziane Nagroda dla bloga z WP od Bogusława ''W obiektywie widziane Nagroda dla bloga z WP od Bogusława ''W obiektywie widziane

Cyfry to potęga!

Odwiedziny: 150172
Wpisy
  • liczba: 780
  • komentarze: 6650
Galerie
  • liczba zdjęć: 25
  • komentarze: 54
Księga gości: 72
Punkty konkursowe: 5464
Bloog istnieje od: 1187 dni

Nagrody? Proszę bardzo.

Ostatnio przyznana nagroda:

  • data: 30.05.2010 23:00:26
  • autor: annika
  • punkty: 100
  • treść: Ależ śliczny. Oby ta...