Bloog Wirtualna Polska
Jest 937 737 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Wasza ciotka zakręcona... :)

czwartek, 17 maja 2012 16:08

            Moje miasto żyje od kilku dni bezprzykładnym atakiem kilkunastu wandali na ogród zoologiczny. Widocznie mało im było wrażeń na imprezie tzw. "sportów walki" w Atlas-Arenie, skoro w nocy z soboty na niedzielę grupa ta wtargnęła przez wysoki płot na teren ZOO. Ofiarami tego "sportu" stały się dwie żyrafy, które padły w wyniku doznanego stresu.

Oczywiście nie mogłam przejść obojętnie nad dowodem kompletnego zdziczenia tych troglodytów i artykulik na w24 machnęłam. Policja łódzka szuka sprawców, a i nagrody za ich wskazanie też zostały wyznaczone.

W moich domowych archiwach znalazłam zdjęcie pierwszej żyrafy, która zamieszkała przed laty w łódzkim ogrodzie. Była wtedy singlem. Teraz jest podobnie. Ze stada pozostał przy życiu jeden samiec.

        

Ale ja dziś nie o tym miałam pisać. Zakręcenie Waszej ciotki osiąga juz chyba apogeum. Jak wspominałam - na 18 maja wyznaczono mi wizytę w pracowni protetyki stomatologicznej. Nie zerknęłam dziś rano do kalendarza i do rzeczonej placówki pojechałam z samego rana przy strasznym zimnie i lodowatym wietrze. Miła recepcjonistka wyprowadziła mnie z błędu i zaprosiła na jutro. Przy okazji wyszło na jaw, że godzinę wizyty też pomyliłam, ale tylko o pół godziny. Ech...

Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Wasza ciotka poniosła ostatnio stratę w postaci rozwalenia się niedawno zakupionych butów wyjściowych. Widocznie zelówki tych nówek nie wytrzymały tempa w jakim się Wasza ciotka porusza. Trzeba było zakupić buty i dzisiejsze niepowodzenie z protetyką w tym celu zostało wykorzystane. Buty nowe posiadam za całkiem przyzwoitą sumkę i mam nadzieję, że tym razem będę je nosić dłużej. Oby!

          I właściwie to tyle - co mam Wam dziś do przekazania. Zaraz lecę na działki. Kociaki od kotki-"dalmatynki" rosną i potrzebują coraz więcej jeść. Mam nadzieję, że cała czwórka "krówek" pójdzie do dobrych domów, ale to dopiero za dwa tygodnie gdy ukończą pięć tygodni życia.

Weteranka już chyba zapomniała o operacji i śmiga po drzewach aż miło. Jej dziecko, czyli Izolda, dziś ma być zabrana od wolontariuszki z fundacji "Kocia Mama" do nowego domu. Widziałam ją we wtorek, gdy byłam z wizytą u Izy G.

Wasza ciotka.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331097878,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

Wielki maraton Waszej ciotki

piątek, 11 maja 2012 15:35

    Do centrum mojego miasta wybieram się tylko od wielkiej potrzeby. Po prostu staram się unikać jak zarazy wielkomiejskiego zgiełku i jednak gorszego niż jest na moim osiedlu powietrza. Jednak czasami zachodzi potrzeba udania się do łódzkiego city. Tak właśnie było w dniu dzisiejszym. Program mojej wyprawy do centrum byl bardzo wypełniony, ale zalożyłam że muszę go zrealizować.

I tak: na godzinę 8:00 musiałam się zameldować w protezowni stomatologicznej. Poprzednia moja wizyta w tym przybytku pod koniec marca (w ramach NFZ oczywiście) zakończyła się niepowodzeniem, choć na fotelu dentystycznym już siedziałam. Dlaczego tak się stało? Widocznie paniom protetyczkom nie podobała się moja gęba i mnie odprawiły na zaś potem, czyli na dzisiaj. Dodam, że atmosfera "protetyczna" dziś już była całkiem miła, a następną wizytę mam już 18 maja b.r. Po prostu wierzyć się nie chce.

Z przychodni protetycznej wyszłam już o godz. 8:30 i postanowiłam udać się do Wydziału Ochrony Srodowiska UMŁ w celu odebrania "papieru" na sterylizację trzech kotek. Koszty tej "operacji" na kotach pokrywane są przez magistrat, a zabiegi są wykonywane w pięciu przychodniach weterynaryjnych, które wygrały przetarg na sterylki. 

Niewiele brakowało bym w WOS nic nie załatwiła, ponieważ   akurat urzędników tego wydziału dotknęła dziś wielka przeprowadzka w drugi koniec miasta. Jak mi powiedział jeden z nich - na skutek nieodpowiedniego zrewitalizowania zabytkowego tzw. bielnika Gajera (to łódzki fabrykant) substancje konserwujące zabytek industrialny i na oko - prześliczną siedzibę tego wydziału -    powodowały u urzędników alergie i różne uczulenia na chemię. I straszno i śmieszno zarazem. Wydział (nomen, omen) Ochrony Srodowiska pada ofiarą skażenia środowiska.

Kwity na koty jednak otrzymałam i pojechałam dalej zalatwiać sprawy, związena, tym razem, z moim zdrowiem. W poradni endokrynologicznej czekały na mnie do odebrania wyniki laboratoryjne mojej tarczycy. Wyznaczoną na 15 maja b.r. wizytę u pani profesor E.S. i tak mi przełożono na 1 czerwca b.r. , ale powiem szczerze, że już nic mnie nie dziwi ani nie zaskakuje.

Przy okazji wpadnięcia po wyniki do rzeczonej przychodni pstryknęlam zdjątko w parku sąsiadującym z placówką zdrowotną. Ten bratkowy dywan nastroił mnie bardzo optymistycznie:

         

         Na dzisiaj także miałam wyznaczony termin wykonania USG tarczycy. Na szczęście poradnia endokrynologiczna jest całkiem niedaleko od szpitala Uniwersytetu Medycznego, gdzie to badanie miałam mieć zrobione. Na ostatnich nogach dowlokłam się około południa w ciężkim upale na ul. Sterlinga. Nawet na wykonanie badania nie kazano mi dziś długo czekać, choć czekałam na nie równe pół roku. Wyniki mam już w ręku. Nie są najgorsze, a nawet powiem, że całkiem dobre. Uffff...

         I tak oto   o godzinie 13-tej, ale w koszmarnym upale, powróciłam na swoje osiedle. Musicie przyznać, drodzy moi, że jednak Wasza ciotka odwaliła dziś całkim niezły maraton, wykonany w kosmicznym tempie.

Wasza ciotka.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331083773,trackback

komentarze (5) | dodaj komentarz

Weteranka i Izolda. Co dalej?

poniedziałek, 07 maja 2012 11:52

             Tempo wydarzeń związanych z Weternką i jej dzieckiem może przyprawić Waszą ciotkę o zawrót głowy. Mała Izolda jest już w rękach fundacji "Kocia Mama". Przekazałam ją wczoraj, choć nie ukrywam że z maluszkiem ciężko było mi się rozstać. W ciągu dwóch dni pobytu w moim domu nauczyła się samodzielnie jeść, a Nurkę potraktowała jaką swoją zastępczą matkę. Właściwie nie stwarzała większych kłopotów, może poza koniecznością podawania jej jedzonka co trzy godziny. Wolontariuszka, której pod opiekę została przekazna Izolda, wie jak się opiekować malutkimi kociakami, więc o los małej jestem właściwie spokojna. Przekazanie kici odbyło się w okolicznościach targów akcesoriów dla zwierząt i wystawy kotów rasowych w nowo wybudowanej hali EXPO. Niewiele brakowało by kicia już tam znalazła nowych właścicieli, bo zainteresowanie maleństwem było duże.

             

        

 

A co z Weteranką? W sobotę odebrałam ją  lecznicy "Psia Kość". Nawet weterynarze nie potrafili określić jej wieku - jest tak stara. Właściwie przez dwa dni po operacji usunięcia guza przepuklinowego i wystrylizowania nie ruszała się ze swojego posłania w altanie. Dziś, gdy byłam rano na działce by podać jej antybiotyk, Weteranka wyraźnie nabrała ochoty do życia. Zaczęła interesować się jedzeniem i mruczała z zadowoleniem gdy mogła wtulić się w ciepło termoforu.

Prawdopodobnie jednak szykuje mi się nowy problem. Nurka musiała złapać od małej kici jakiegoś wiruska, ponieważ straciła głos. Nie miauczy, a skrzeczy. Chyba nie obejdzie się bez wizyty w  "Psiej Kości". A poza tym szuka małej Izoldy po kątach. Okazuje się, że koty też się szybko do siebie przywiązują.

Stwierdzam, że wydarzenia ostatnich dni daly mi mocno popalić. Widać - Wasza ciotka wyczerpała się energetycznie, ale jak się goni na okrągło w piętkę i ma się sto problemów na głowie to nic dziwnego, że siły witalne się nieco nadszarpnęły. Oby tylko był to stan przejściowy - w co wierzę.

Wasza ciotka.

Następnego dnia.

Wczoraj dostałam od wolontariuszki, która przejęła Izoldę, takie oto zdjęcie. Kicia ma teraz liczne towarzystwo. Wyróżnia się na fotografii brązowym futerkim i niebieskimi oczkami. Dziś zadzwniła do   Izy G. pani, która małą chce adoptować. "Akt" przekazania kici nastąpi we wtorek. Oczywiście będę tam.

           

Jeśli idzie o Weterankę - kocica wylazła dziś z altany na pierwszy po zabiegu spacer. Oczywiście złapała natychmiast kleszcza. Chyba zmęczyła się jednak spacerem po działkach, bo po powrocie wyglądała tak:

          

Jest jednak w całkiem niezłej kondycji jak na starego kota po przejściach.

Wasza ciotka.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331073104,trackback

komentarze (10) | dodaj komentarz

Ach te koty, czyli nieoczekiwany zwrot wypadków

piątek, 04 maja 2012 15:30

            Przedwczoraj złożyła wizytę kotom na działkach szefowa fundacji KM wraz z asystą. Pani M. przywiozła karmę dla kotów (chwała jej za to) i zlustrowała małą kicię, oraz jej  mamuśkę Weterankę. Udało mi się też pokazać czwórkę "krówek", czyli tygodniowych kocich osesków. Ustaliłyśmy z panią M. że dziecko Weteranki za tydzień powędruje do fundacji w celu poszukania mu domu. Mała jeszcze nie umie sama jeść i tego Weteranka powinna ją nauczyć.

Tymczasem wczoraj zauważyłam, że ta stara kotka przestaje się interesować swoim dzieckiemi i znika z altany na kilka godzin. Pod wieczór okazało się, że Weterance nie w głowie zajmowanie się maluchem, ponieważ dopadła ją kolejna rujka. Wolała latać za pewnym przystojnym burasem niż opiekować się Izoldą.

W tej sytuacji musiałam podjąć szybką decyzję. Postanowiłam, że dziś z samego rana zaniosę Weterankę do "mojej" lecznicy na sterylkę i jednoczesne   usunięcie guza przepuklinowego. Maluszek oczywiście będzie musiał być przez jakiś czas u mnie w domu.

O godz. 10:00 zameldowałam się w lecznicy z kotami i o fakcie zawiadomiłam rzeczoną fundację. Schody zaczęły się w momencie, gdy poruszyłyśmy temat kosztów operacji na Weterance - już kiedyś omówiony. Dostałam wtedy obietnicę, że koszty pokryje fundacja. Okazało się jednak, że szefowa fundacji nie pamiętała o swojej obietnicy i opituliła mnie, że dopiero teraz o tym mówię. Przy okazji dowiedziałam się, że każda nasza rozmowa telefoniczna... jest nagrywana. Rozmowa poszła na noże. Wiedziałam już, że koszty zoperowania Weteranki muszę wziąć na siebie bo jednak nie lubię występować w roli dziada proszalnego. Pani jednak spuściła z tonu i zakomunikowała, że wszystko zależy od wysokości faktury za zabieg. "Moja" lecznica weterynaryjna nigdy nie opuszcza mnie w sytuacjach podbramkowych, więc w rozmowie z szefem "Psiej Kości" padła kwota 150 zł gdyby KM chciała zrealizować rachunek i... 120 zł - gdybym musiała pokryć koszty z własnej kieszeni. W kolejnej rozmowie telefonicznej pani M. zgodziła się jednak na pokrycie kosztów zabiegu. Nawet stwierdziła, że cena jest bardzo przyzwoita.

Jeśli idzie o małą kicię - mam w niedzielę dostarczyć ją do hali EXPO gdzie akurat odbywają się targi zwierząt i zwierzęcych akcesorii, a rzeczona fundacja bierze w nich udział. Kicia nie będzie oczywiście wystawiona na sprzedaż, ale zostanie przekazana wolontariuszom by się nią dalej opiekowali.

Jest już popołudnie gdy piszę ten tekst. Maluszek śpi pod czujną opieką Nurki, a ja czekam na wieści z lecznicy w sprawie przebiegu operacji Weteranki. Jeszcze dziś muszę kotkę odebrać i zanieść do altany by tam wracała do zdrowia.

A to jest zdjątko małej kici. Czuje się tutaj bezpieczna i nawet zaczęła próbować jeść. Musi się tego szybko nauczyć.

                    

Wasza ciotka.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331065739,trackback

komentarze (4) | dodaj komentarz

Wiosna, wiosna jest nareszcie

poniedziałek, 30 kwietnia 2012 16:03

            Wiosna, wiosna jest nareszcie - chciałoby się zaśpiewać. Wiosna na wsi, wiosna w mieście... Jednak to już nie wiosna, a tropikalne lato się zrobiło - co dla osób nie lubiących afrykańskich upałów nie jest takie fajne. Wasza ciotka akurat należy do zwolenników umiarkowania - także w pogodzie, więc z nadzieją wyczekuje zapowiadanych burz. Aby było "śmieszniej" - na działkach wysiadł system doprowadzający wodę do hydrantów. Jeśli upały będą trwały nadal, a awaria nie zostanie usunięta,   mój zielony zakątek może się zamienić w pustynię.

Póki co - młodej zieloności nie brakuje, no i właśnie zaczęły kwitnąć moje owocowe drzewa:

            

Nawet moja stara, letnia "rezydencja", czyli koci azyl, prezentuje się całkiem nieźle wśród gąszczu zieleni i bieli. Dziwnym trafem nie zmarzły krzewy pigwy i też właśnie zaczynają kwitnąć. Natomiast mrozy "wykosiły"  na działkach prawie wszystkie hortensje, no może poza hortensją pnącą, która srogiej zimy się nie boi.

        

To zdjęcie zrobiłam komórką jakiś tydzień temu. Teraz ta dama ma już spore pąki kwiatowe i pnie się jak głupia po starej jabłonce.

A tak wyglądała wczoraj pigwa. Ta prawie dzika odmiana pigwowca daje małe, ale za to bardzo aromatyczne owocki. Nalewka z niej jest pyszna.

        

         I to by było tyle raportowania w ten gorący, ostatni dzień kwietnia. Dodam tylko, że z nowo narodzonych kociaków, póki co, żyje cała piątka. Dziecko Weteranki jest śliczą, małą kicią - rozglądającą się ciekawie po świecie. Mam nadzieję, że cała szóstka trafi do dobrych domów.

 

Wasza ciotka z letniej i "kociej" rezydencji.


 

        



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331056459,trackback

komentarze (6) | dodaj komentarz

Co się polepszy, to się popieprzy, czyli jak nie sraczka to przemarsz wojska

czwartek, 26 kwietnia 2012 23:36

             Widocznie nie danym mi jest cieszyć się zbytnio, bo zaraz muszą wyskakiwać jakieś problemy. W ubiegły wtorek miałam z samego rana złożyć wizytę lekarzowi pierwszego konfliktu w związku z kończącym się 6 maja - rocznym "zezwoleniem" NFZ na rehabilitację mojego filaru głównego. Właśnie w tym tygodniu kończy mi się kolejna sesja usprawniania tej ważnej części mojego ciała. Okazało się, że we wtorek z samego rana miałam spore problemy ze wstaniem z łóżka z powodu obrzydliwego bólu w okolicach kości krzyżowej. Do lekarza jednak się doczołgałam o własnych siłach i do dziś nie mogę uwierzyć - jak  mi się to udało. Przezornie jednak przed wizytą u lekarza zawiadomiłam o moim problemie "mojego" osobistego "uzdrawiacza", czyli kolegę zajmującego się zawodowo sprawami kręgosłupa i okolic. Pan R. już nie raz wyciągał mnie z biedy bo ręce ma złote i wielką haryzmę. Czyli - mimo powalającego bólu sprawę potraktowałam dwutorowo.

Rzeczony lekarz, u którego, de facto, znalazłam się po raz pierwszy w życiu, sprawy moich boleści nie zbagatelizował i natychmiast kazał mi wykonć RTG w kilku rzutach. Do centrum medycznego pojechałam natychmiast po wyjściu z przychodni, choć nie było to wcale łatwe. Kierowca miejskiego autobusu nie oszczędzał pasażerów - hamując ostro przy każdej okazji. Każde takie hamowanie potęgowało ból moich kości, ale wyjścia nie miałam, bo prześwietlenie musiało być zrobione w trybie pilnym. I zostało zrobione.

W tak zwanym międzyczasie odebrałam SMS od Radzia - masażyty, że mam być u niego na godzinę 11:00 i ta wiadomość dawała mi nadzieję, że złote ręce Radka usprawnią mnie na tyle bym mogła jakoś funkcjonować. Oczywiście o kontynuowaniu sesji rehabilitacyjnej w chwalonym przeze mnie nie raz - niepublicznym ZOZ-ie nie mogło być mowy. Prawdopodobnie źródłem bólu w okolicy biodrowo-krzyżowej było moje nadmierne przykładanie się do ćwiczeń na tzw. podwieszkach. Mój znakomity kolega wykrył jednak przyczynę moich boleści. Okolica stawu biodrowo-krzyżowego była spuchnięta jak bania.

             Wczoraj odebrałam wyniki prześwietlenia z opisem. Z opisu wynika niezbicie, że nie mam prawa chodzić, ponieważ stan tej części mojej struktury kostno-stawowej woła o pomstę do nieba. No cóż... jak się biega, to się ma za swoje. Jedno jest w tym pocieszające, a mianowicie to, że trzy zabiegi w wykonaniu Radka, usprawniające zablokowany staw biodrowo-krzyżowy, spowodowały, że ból ustąpił jak za dotknięciem różczki czarodziejskiej. Ciekawe na jak długo.

              Jutro  z samego rana lecę do lekarza pierwszego konfliktu z wynikami RTG. Ani Radek, ani tym bardziej ja - nie spodziewamy się, że pan doktor coś ekstra wymyśli. Pewnie zaaplikuje mi prochy przeciw bólowe i przeciw zapalne, których, nota bene, nie cierpię połykać, bo rzecz ujmując całościowo - mam pastylkofbię.

Dziś czułam się jednak na tyle dobrze, że mogłam pojechać do centrum mojego miasta na pobranie krwi do anlizy, na które to pobranie czekałam od 5-go stycznia b.r. Ta dzisiejsza wyprawa ma związek z próbą podjęcia na początku tego roku leczenia mojej tarczycy u pewnej pani prof. dr nauk medycznych - wybitnej specjalistki w dziedzinie endokrynologii. Mam się u niej stawić z wynikami laboratoryjnymi 15 maja b.r.

                I to by było właściwie na tyle - moi drodzy. Póki co - Wasza ciotka żyje i nie zamierza poddawać się przeciwnościom losu.

Acha! Byłabym zapomniała. Pewna dzika kotka urodziła w mojej altanie w dniu wczorajszym pięcioro kocich bobasków. Fakt ten pozostawiam bez komentarza.

Wasza ciotka.





Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331049851,trackback

komentarze (5) | dodaj komentarz

Wielka paka, czyli czekoladowy prezent od LIDL'a

poniedziałek, 23 kwietnia 2012 22:19

            Czekoladę w każdej postaci uwielbiam i potrafię zjeść za jednym posiedzeniem nawet pół tabliczki. Jakie są zalety czekolady - nie będę tu się rozpisywać, bo każdy wie, że ma ich sporo.

Kilka dni temu skończył mi się zapas tego przysmaku, przysłany w paczce świątecznej przez panią Jadwigę i już zaczęłam się rozglądać za jakimś czekoladowym kąskiem, gdy na Facebooku wyczytałam, że   sieć sklepów spożywczych LIDL poważnie wzięła się za uczczenie Swięta Czekolady i ogłosiła konkurs na najlepszy komentarz w tej sprawie. Walnęłam zatem komentarzyk w postaci wierszydełka pleciugowatego - nie licząc na jakie kolwiek wyróżnienie.  I stał się cud! Wasza ciotka znalazła się w wąskim gronie wyróżnionych.

Dziś w godzinach porannych kurier dostarczył mi... wielką pakę z czekoladami o różnych smakach i rozmiarach. Jest tego 2 kg w sumie. Czekolady były "podane" w prześlicznym koszu z kokardą. A z resztą co ja Wam będę opowiadać. Zobaczcie sami:

                        

             

Oczywiście uciechę mam wielką, ale i koty też mają radochę, ponieważ koszyk po wyjęciu  z niego czekolad został natychmiast zaanektowany. Gruba Burka nawet siedzi w nim do tej pory. To kolorowe pudło z resztą też. Siedzi w nim Czarna Olka i nie chce stamtąd wyleźć.

            Dzisiejszy dzień obfitował take w inne atrakcje "pocztowe". Otrzymałam przesyłkę z Kłodzka. Moja koleżanka zorganizowała tam konkurs plastyczny dla dzieci z okazji Międynarodowego Dnia Kota. Nie wypadało wesprzeć Anulki kilkoma moimi książeczkami w charakterze skromnych nagród dla dzieciaków. Dziś właśnie otrzymałam podziękowanie na piśmie od organizatorów konkursu:

           

Oraz prześliczny album z "kocimi" pracami kłodzkich dzieci:

          

 

         Jednym słowem - dziesiejszy dzień obfitował w same atrakcje. Jutro dla złapania równowagi czeka Waszą ciotkę szara rzeczywistość. Z samego rana lecę do lekarza pierwszego konfliktu w celu wyegzekfowania kolejnego skierowania do lekarza rehabilitanta. Mam nadzieję, że ta wizyta zakończy się sukcesem. 6- go maja kończy mi się ważność papierka na korzystanie z tego "luksusu".

Wasza ciotka.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331043078,trackback

komentarze (6) | dodaj komentarz

W biegu, ale pod kontrolą

sobota, 21 kwietnia 2012 10:20

            Byłoby dobrze, gdyby doba jednak wydłużyła się o kilka godzin - dochodzę do takiej konkluzji. Latanie na zabiegi rehabilitacyjne, latanie na działki do kotów, załatwianie bieżących (i nie tylko) spraw - sprawia, że Wasza ciotka goni własny ogon. Trudno. Tak widocznie już musi być.

            Przedwczoraj musiałam też dokonać czynności, której nienawidzę i z która sprawiła, że nie mogę się pozbierać w sobie. Okazało się, że w altanie pojawiły się dwa kocie noworodki. Urodziła je bardzo dzika kotka. Ze względu na panujący na działkach wirus kociego kataru i to że te maluchy także mogą być nim już zakażone - z bólem serca musiałam podjąć decyzję o zaniesieniu ślepych kociaczków w celu wyprawienia ich do kociego raju. Historie z ratowaniem małych kotów, dotkniętych kocim katarem w latach ubiegłych znacie, więc nie będę się powtarzać. W każdym razie - decyzję o uśpieniu maluchów bardzo przeżyłam i płakałam nad nimi jak bóbr.

Natomiast Weteranka ze swoim dzieckiem ma się świetnie. Kocica o swoje maleństwo bardzo dba i nie opuszcza go ani na chwilę. Kociak już patrzy na świat. Mam nadzieję, że uda mu się znaleźć dobry dom. Oby tylko nie zachorował na ten cholerny koci katar. Weterankę też czekają nowe doświadczenia gdy odchowa maluszka. Jest szansa, że zostanie zoperowana i guz na jej brzuchu będzie usunięty. Zadecydują o tym po zbadaniu Weteranki "moi" wspanili weterynarze z "Psiej Kości". 

Solidarność kociarzy nakazuje wspomaganie się wzajemne i wspieranie - także w dzieleniu się karmą dla futrzaków. I takim oto sposobem nie muszę się przez jakiś czas martwić o żarełko dla bezdomniaków z działek. Fundacja "Kocia Mama" wsparła Waszą ciotkę w niedzielę całkiem sporą porcją karmy. Ja z kolei "odpaliłam" część suchej karmy dla kotów pana M. Pan M. ma w domu przygarniętych... 19 kotów i dodatkowo opiekuje się gromadką bezdomniaków, bytujących na terenie łódzkiego STOMILU.

    Tyle w najwięksym skrócie o kotach i ludziach, choć to nie wszystko. "Mój"  portal www.wiadomosci24.pl ogłosił jakiś czas temu konkurs na na dziennikarza obywatelskiego '2011. Ktoś z internutów zgłosił mój artykuł - opisujący postawę dyrekcji pewnej szkoły muzycznej względem gromadki bezdomnych kotów - bytujących na terenie szkoły - do tego konkursu. Nie wypadało mi nie wyrazić zgody. Kto z moich czytelników i przyjaciół chciałby zapoznać się z rzeczonym tekstem - odsyłam do strony www.wiadomosci24.pl Na artykuł można głosować sms-em. Koszt to 1,23 PLN. Tekst znajduje się w kategorii STYL ŻYCIA (Ewa Łazowska).

            I to by było "na tyle" - moi drodzy. Donoszę Wam też, że dokonywanie przelewów via internet nie sprawiia mi już żadnego problemu. Opanowałam już tę umiejętność - z czego się bardzo cieszę.

Wasza ciotka.


 Kochani! Aby nie marnować zbytnio miejsca na blogu - postanowiłam poniższą informację zamieścić tutaj.

Ten obrazek będzie towarzyszył mojemu tekstowi, zgłoszonemu do konkursy na dziennikarza obywatelskiego '2011

Namalowałam go dziś z rana, by łatwiej było Wam trafić do rzeczonego tekstu. Kategoria STYL ŻYCIA, nr DOROKU.538

Podobno najlepiej promować się samemu i to czynię :)

       

Wasza ciotka.  




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331037206,trackback

komentarze (7) | dodaj komentarz

Muszę słuchać rapu!

piątek, 13 kwietnia 2012 11:49

            Moja nowa sąsiadka uwielbia słuchać rapu. Ja tego gatunku muzycznego nie cierpię, a każde głośniejsze podkręcenie kolumn odtwarzacza przez moją sąsiadkę doprowadza mnie do szału. O akustyce w moim bloku pisałam już nie jeden raz, więc powtarzać się nie będę. Oczywiście już nie jeden raz prosiłam moją, skąd inąd, uroczą sąsiadkę - by ulitowała się nade mną i nie katowała dźwiękami, których organicznie nie znoszę i nie trawię.

Pani M. współczuje mi, ale konsekwentnie czyni swoje. I tak też było w dniu wczorajszym. W związku z powyższym udałam się znowu do mojej sąsiadki by po raz kolejny poprosić o wyciszenie rapowania.

Moja sąsiadka przyjęła mnie ciepło i zaproponowała wspólne wypicie kawy. Oczywiście na propozycję przystałam, ponieważ z sąsiadami trzeba żyć w zgodzie.

Przy kawce wywiązała się między nami taka rozmowa:

- Uwielbiam rap w wykonaniu OSTREGO. Pani go nie zna? To najlepszy altualnie raper w Polsce. I jego teksty są takie na czasie...

- Czy chodzi o Adama Ostrowskiego? - odparłam, ponieważ ksywa  rapera pokojarzyła mi się z osobą syna moich dobrych znajomych i także kiedyś sąsiadów z osiedla Rogatka - gdzie mieszkałam do końca lat 90-tych.

- Tak! - Pani M. była wyraźnie zaskoczona moją reakcją.

- Oczywiście! OSTRY i Adam Ostrowski to jedna i ta sama osoba - odparła pani M.

No to byłam, że się tak wyrażę, w domu. Okazuje się, że tego artystę rapowego znam właściwie od momentu jego narodzenia, czyli od maja 1980 roku. W mieszkaniu państwa profesorostwa, czyli rodziców Adama bywałam często. Moża zatem powiedzieć, że przyszły wirtuoz rapu rósł na moich oczach, a nawet jako uczeń szkoły muzycznej w klasie skrzypiec - w połowie lat 90-tych wystąpił z recitalem na jednym z moich wernisaży. Jak powiedziała mi pani M. - podobno Adam w swoich tekstach często wraca do okresu dzieciństwa i chmurnej młodości. Ja tam jednak wiem swoje - jak wyglądało dzieciństwo Adama. Z pewnością na ukształtowanie osobowści OSTREGO miał spory wpływ rozwód jego rodziców Barbary i Marka. Te dwie, silne osobowości jednak pod wspólnym dachem żyć nie potrafiły i nie chciały. Adam, wyposażony w wybitny talent muzyczny i absolutny słuch po muzykalnych rodzicach poszedł własną drogą. Także drogą muzyczną, ale jakże różniącą się od artystyczno-naukowej drogi jego rodziców.

     I tak oto z powodu wczorajszego "epizodu" rapowego Wasza ciotka musiała zweryfikować swój stosunek do rapu. Szczególnie zaś do rapu w wykonaniu OSTREGO. Powinnam jednakowoż bardziej wsłuchiwać się w to co ma do powiedzenia na temat czasów współczesnych Adam. I także co ma do powiedzenia ten raper na temat "zamierzchłej" przeszłości, w której niejako też miałam swój udział.

Jednym słowem - Wasza ciotka od dziś słucha rapu, ale rapu tylko i wyłącznie w wykonaniu Adama Ostrowskiego -  zwanego OSTRYM.

Wasza "rapująca" ciotka.



 


    

 

            




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331020516,trackback

komentarze (10) | dodaj komentarz

Co ja pacze?, czyli nowe wydarzenia

wtorek, 10 kwietnia 2012 12:59

            No i stało się to, czego spodziewałam się najmniej. W Wielki Piątek ta stara kotka z działek, czyli Weteranka, urodziła w mojej altanie dwójkę kocików. Jeden nie wytrzymał trudów porodu i odszedł za Tęczowy Most. Drugi trzyma się dzielnie przy życiu - co jest niewątpliwie zasługą Weteranki, która legowiska prawie wcale nie opuszcza. Ja natomiast latam na działkę z gorącym termoforem by maluszek miał ciepło bo to jest podstawa utrzymania go przy życiu. O żarełku dla Weteranki (i innych działkowych kotów) nawet już nie wspominam.  Nocami temperatura spadała na działkach mocno poniżej zera, czyli kalorie są teraz kotom szczególnie potrzebne.   Mam nadzieję, że wielkopiątkowy prezent Weteranki wyrośnie na pięknego kota, któremu za jakieś dwa miesiące trzeba będzie znaleźć dom. Tyle o "kocim" wydarzeniu.

            Co się tyczy mojego udziału jako ilustratorki bajek, mających być wydanych w kształcie książki przez pewną panią - sprawdziła się "przepowiednia" "mojego" wydawcy. Pani ta zaczęła grymasić, że obrazki jej się nie podobają, a ona płaci i wymaga, więc ma życzenie bym się bardziej do roboty przyłożyła. Ponieważ już bardziej przyłożyć się nie mogę - podziękowałyśmy sobie za dotychczasową współpracę, ponieważ argumetacja -płacę i wymagam - jakoś do mnie nie przemawia. Nota bene - poziom literacki owych bajeczek  oscyluje w granicach depresji, a ich kiczowatość to temat na osobne opowiadanie. Ufff...

Podobno rozwaliłam swoją rezygnacją z udziału w powyższym zadaniu całą, dotychczasową robotę wydawnictwa na tą książeczką. Sęk jednak tkwi w tym, że ani nie wiem - jakie to wydawnictwo, ponieważ jego nazwa okryta jest ścisłą tajemnicą (hi, hi), ani też żadnej umowy na ilustrowanie tego knota nie podpisywałam. I całe szczęście! Nie ma to jak poczucie nieskrępowanej wolności.

           Aby nie być gołosłowną -  zamieszczam poniżej jeden z czterech obrazków, wykonanych na prośbę pomysłodawczyni projektu. Obrazek miał zilustrować bajkę o tym jak babcia prała okulary (a potem je suszyła).   Zdaniem tej pani jest on zbyt "ubogi" w kolory i detale. Ten sam zarzut dotyczy także innych obrazków.

         

           Wracając do spraw codziennych, stwierdzam iż dobrze się dziś z samego rana stało, iż zerknęłam do moich kwietniowych zadań. Od 12 kwietnia zaczynam kolejny etap rehabilitacji mojego filaru głównego. Jest tego dosyć sporo, bo i masaże i fizykoterapia i ćwiczenia na podwieszkach. Czyli prawie do końca kwietnia będę latać w drugi koniec osiedla na zabiegi. I bardzo dobrze, bo kto nie maszeruje - ten ginie.

          Jeszcze kilka słów na temat świąt, które już za nami. Oczywiście świąt tych nie  spędzałam na łonie rodziny. Moja najbliższa rodzina ma zwyczaj opuszczania miasta i spędzania świąt  w jakimś miasteczku. Nawet dokładnie nie wiem - o jakie to miasteczko chodzi. Nic nie szkodzi - chciałoby się rymnąć.

Na świąteczne śnadanie wielkanocne zostałam zaproszona do domu mojej przyjaciółki. Było fajnie, sympatycznie i serdecznie. Ozdobą świątecznego kręgu przy wielkanocnym stole był tym razem tato mojej przyjacółki. Jak się dowiedziałam - był w młodości pilotem i latał na odrzutowych myśliwcach. Dziś narzeka na kręgosłup, ale kto nie narzeka?

Wasza ciotka.

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331014841,trackback

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 17 maja 2012

Licznik odwiedzin:  562 658 (wersja testowa)

Czasu nie zatrzymasz...

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

Po wielu przemyśleniach dochodzę do wniosku, że jednak nie jestem i nigdy nie byłam kolejnym wcieleniem imperatorowej Katarzyny II. Jestem za to pierwszym i jedynym wcieleniem Elżbiety Wielkiej - Królowej Anglii.


Witajcie!

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 20.12.2011 16:32:01
  • autor: grycela
  • treść: ¯yczê ser...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Cyfry to potęga!

Odwiedziny: 562658
(wersja testowa)
Wpisy
  • liczba: 945
  • komentarze: 7929
Galerie
  • liczba zdjęć: 29
  • komentarze: 78
Księga gości: 80
Punkty konkursowe: 6064
Bloog istnieje od: 1843 dni

Nagrody? Proszę bardzo.

Ostatnio przyznana nagroda:

  • data: 09.12.2011 18:04:29
  • autor: licaexparia
  • punkty: 100
  • treść: How do you think, wh...

Lubię to

Wizytówka


pleciugapleciugowska

Pogoda

Łódź Pogoda wieczorem
Pochmurno ale bez opadów.
temp. max: +14 °C temp. min:  +2 °C

kolejne dni

Bajdury Pleciugowate
Nowy blooczek w narzędziach.